czwartek, 27 listopada 2014

Jack White 10 XI 2014 - O2 Arena, Londyn. Lazaretto Tour.


Komputery, przestery, miksery... Produkcja muzyki nigdy nie była tak łatwa! To źle. Jack White doskonale o tym wie – z przyjemnością nie ulega pokusie łatwości. Lubi, kiedy jest ciężko. I wie, że ten trud się opłaca. Londyński koncert rozpoczął więc słowami: This is an arena show tonight, but there's no screens, no lasers, it's just me and you together. Are you in? - Jesteśmy dziś na arenie, ale będzie żadnych wyświetlaczy ani laserów, tylko ja i wy. Czy jesteście ze mną?

 

PHOTO: D J SWANSON  www.jackwhiteiii.com


Pewien znajomy powiedział mi kiedyś, że jestem dziwna, bo lubię muzyczne skrajności – muzykę minimalistyczną, bez ozdobników, surową. Z drugiej strony, uwielbiam muzykę chaosu, prosto z trzewi, muzyczną ‘rozpierduchę’. Jack White stoi po tej drugiej stronie. Jego muzyka to istna orgy of distortion - orgia zniekształceń. 

Jack powoli buduje  w Nashville swoje małe imperium - ale to osobny temat. Jest artystą, ktry lubi mieć wszystko pod kontrolą - dba o nietuzinkowe teledyski,  produkcję płyt (sam tłoczy swoje winyle), wizerunek swojego teamu (kapelusz obowiązkowy!)... Control freak? Nie do końca. Jack wie bowiem, kiedy odpuścić i dopuścić do niedoskonałości. Ba, on owe niedoskonałości celebruje, żeby nie powiedzieć... prowokuje!


Mówi, że lubi, gdy gitara mu nie stroi, gdy musi z nią powalczyć, żeby wydobyć odpowiedni dźwięk. Czasem na koncertach stawia gitarę za daleko od siebie, żeby spowodować odrobinę chaosu, dopuścić do głosu przypadek. Z przyjemnością więc obserwowałam jak w muzycznym gniewie rozwala butelkę szampana na scenie, rzuca gitarami, jak przewraca się perkusja...  Chaos? Być może. Dla Jacka to są właśnie emocje, coś, co czyni cały występ ciekawym, niepowtarzalnym. Mówi, że doskonałość to nuda – i ja się z tym zgadzam.

Muzyczny gniew to osobny temat – dla Jack'a negatywne emocje nie są niczym złym. Są bodźcami - potrzebujemy ich, żeby tworzyć. Z gniewu, nienawiści i rozpaczy, rodzą się rzeczy ciekawe, czasem nawet wielkie. Czy jakaś wielka twórczość narodziła się ze znudzenia? Wątpię. Troszkę więcej o jego twórczości poczytać można w osobnym wpisie.

Ale przejdźmy do samego koncertu - Jack wielokrotnie powtarzał, jak ważne dla niego jest, by ludzie na jego koncertach skupiali się na muzyce, na przeżyciu realnego wydarzenia. Nie zdziwiło mnie zatem, gdy przed rozpoczęciem koncertu miły pan poprosił wszystkich o schowanie swoich telefonów, podsumowując: nigdy jeszcze nie widziałem koncertu, który, wyglądałby lepiej oglądany przez telefon komórkowy niż oglądany na żywo. Ku mojej uciesze, około 95% publiczności trzymało swoje smartphone’y w kieszeniach. Po koncercie Jack udostępnił zdjęcia z wydarzenia na swojej stronie internetowej - zapewniam, że są lepszej jakości niż fotka strzelona telefonem!

Oświetlenie sceny zostało ograniczone do błękitnych barw - oczywiście obyło się bez laserów... Na scenie stał oldschoolowy telewizor, wszyscy muzycy ubrani byli bardzo klasycznie, żeby nie powiedzieć retro. Jedno jest pewne - Jack z pewnością wie jak zbudować upragniony klimat!
Samego koncertu opisywać dokładnie nie będę – byłyby to same peany w kierunku jednego z moich ulubionych artystów! Tak, było rewelacyjnie. Większość utworów pochodziła z nowego solowego albumu Jacka ‘Lazaretto’, zagrano też kawałki The White Stripes i The Racounters. Listę utworów wklejam poniżej.

Jack'owi toważyszył doskonały band (męska część ekipy pochodziła z bandu Los Buzzardos, który towarzyszył White'owi podczas tour'u w 2012 roku, zaś jedyna kobieta w składzie - z The Peacocks, bandu żeńskiego, z tego samego tour'u) w składzie: Daru Jones (perkusja), Ikey Owens (klawisze), Dominic Davis (bas), Fats Kaplin (elektryczna gitara hawajska [sic!], mandolina, skrzypce, theremin), Lillie Mae Rische (wokal i skrzypce).




Daru  dał czadu! Grał całym sobą, z łatwością dotrzymując kroku Jack'owi. Zapamiętałam go i jego entuzjastyczną grę mimo głębokiego zafascynowania wokalistą - nie mogłam więc o nim tu nie wpomnieć. Kolejną niesamowitą postacią był Fats Kaplin - straszy, siwy pan, grający na niesamowitych instrumentach. U Jacka zagrał m.in. na thereminie (ten instrument brzmi dokladnie jak jęki, zawodzenie udręczonego ducha - z pewnością poświęcę mu osobny wpis), co w połączeniu z ostrą gitarą i maniakalnym śpiewem Jacka, dało piorunujący, lekko oniryczny efekt! Poniżej wklejam filmik z wynalazcą thereminu, który gra na tymże instrumencie - warto zobaczyć!


Fats Kaplin gra na thereminie



Co więcej - Jack zaskoczył mnie po raz kolejny. Nie zdawałam sobie sprawy  z tego, że jest tak dobrym wokalistą! Jego umiejętności widziane 'na żywo' znacznie przewyższają to, co możemy usłyszeć na nagraniach. W wolniejszych, spokojniejszych kawałkach do złudzenia przypominał Boba Dylana (dla mnie to akurat ogromny plus!), o którym zresztą sam mówi, że traktuje go jak ojca. Z drugiej strony w mocniejszych kawałkach jego wokal stawał się ostry, wręcz rozpaczliwy - w połączeniu z  wysokimi, przenikliwymi dźwiękami jego gitary, efekt był po prostu rozbrajający, żeby nie powiedzieć 'orgazmiczny'. Jack z łatwością wykonywał bardzo wysokie partie wokalne, co mój chłopak skomentował krótko: naprawdę bałem się, że gardło mu pęknie! Ja się nie bałam - byłam w siódmym niebie i mogłabym wtedy powiedzieć: chwilo, trwaj...!
Dodatkowo, coś z kobiecego punktu widzenia – Jack White wygląda ostatnio naprawdę dobrze! Obciął włosy, ze swoją ekstremalna bladością i ubraniami lekko z innej epoki, wygląda trochę jak postać z filmów Tim'a Burton’a/Johnny Depp/Edward Nożycoręki. Tylko lepiej. Bardzo, bardzo dobrze. Pełen muzycznego gniewu i energii, pewny siebie, z zabójczą gitarą, bóg sceny... Dziewczyny, to dla takich wokalistów rzuca się najlepsze koronkowe biustonosze na scenę!
 

Jack zamknął swój koncert prostym: You've been incredible, and I've been Jack White -Jesteście niesamowici, ja jestem Jack White. Nie musiał dodawać nic więcej.

Jack White zagrał dla nas:
'Fell In Love With A Girl'
'High Ball Stepper'
'Lazaretto'
'Hotel Yorba'
'Temporary Ground'
'Hypocritical Kiss'
'Top Yourself'
'Weep Yourself To Sleep'
'Cannon'
'John The Revelator'
'Astro'
'Apple Blossom'
'Love Interruption'
'That Black Bat Liquorice'
'Freedom At 21'
'Steady, As She Goes'
'Dead Leaves And The Dirty Ground'
'Black Math'
'Broken Boy Soldier'
'Ball And Biscuit'
'Would You Fight For My Love?'
'Just One Drink'
'I'm Slowly Turning Into You'
'Missing Pieces'
'Seven Nation Army'

Wszystkie zdjęcia użyte w tym wpisie:  D J SWANSON  www.jackwhiteiii.com