środa, 26 listopada 2014

Jack White - słów kilka



Jack, och Jack… Jedna z moich wielkich (chociaż niewielu) muzycznych miłości. W każdej estetyce, konfiguracji, w każdym kontekście, w każdej stylizacji. Miłość bezwarunkowa.


PHOTO: D J SWANSON  www.jackwhiteiii.com



Są takie zespoły, które się z nami zespalają. Tak było z The White Stripes i ze mną. Zaiskrzyło. Czułam, że dokładnie rozumiem wszystko co robią. I wiedziałam, że z tym co robią, całkowicie się zgadzam.

PHOTO: PATRICK PANTANO   www.whitestripes.com
Pokochałam ich kreację... Brat i siostra, czy może kochankowie? Nikt do końca nie wiedział. Pomyślałam: bosko, przyjmuję to! 
Pozornie naiwna gra kolorami, czarnym, czerwonym i białym? Ok, uwielbiam kiedy ludzie świadomie bawią się swoim wizerunkiem. Meg, ni cholery nie umiejąca grać na perkusji, bez dobrego głosu, do tego nawet nie za ładna? Cudownie, uwielbiam taki 'naturalizm muzyczny'
Oczywiście gdyby ich muzyka była chociaż odrobinę gorsza, przyczepiłabym się do każdej z powyższych rzeczy jak głodna suka i rozerwałabym całą koncepcję na strzępy...
 Ale ta muzyka... To było COŚ! 
A nade wszystko – ta gitara! Nie jestem koneserką muzyki gitarowej, doceniam np. geniusz Bonamassy, słyszę ten geniusz, technikę, ale po prostu mnie to nie porusza. Cytując klasyka: jak nie porusza skoro porusza? Nie wiem,  mnie nie porusza, chociaż mówią mi, że Bonamassa wielkim gitarzystą jest.
Za to gdy Jack rwie te swoje boskie solówki,
wtedy WIEM, że to, co robi jest doskonałe i porusza mnie jak niewiele rzeczy na świecie. Nie poruszyło? Zapuśćcie sobie „Little Cream Soda”  - oh well, oh well, oh well…?


Dziś Jack w wywiadach otwarcie przyznaje, że cała 'mitologia' zbudowana wokół The White  Stripes, była tylko swego rodzaju sitem - jezeli nie jesteś w stanie przeskoczyć kiczowatego wizerunku i poczuć głębi tej muzyki, nie zasługujesz na to, żeby jej słuchać. Brzmi ostro i bezkompromisowo - i za to właśnie go kochamy. 
Po rozpadzie the White Stripes było The Racounters (o tym temacie wiem trochę mniej, ale muzyka po raz kolejny warta głębszego pochylenia się nad nią) i The Death Weather ze zjawiskową Alison Moshart (pamiętam, że oddałabym wtedy wszystko, żeby wyglądać tak jak ona). Majstersztyk Jack'a ujawniony po raz kolejny!



Nowe wcielenia, White wiąż doskonały, konsekwentny. Jeden z niewielu artystów, który wciąż do czegoś dąży, stawia sobie wyzwania. Więcej o jego spojrzeniu na muzykę i otaczającą nas rzeczywistość można usłyszeć w świetnym wywiadzie  Conan’a O’Brien'a z Jack'iem:



Kolejną rzeczą, którą warto (a w zasadzie należy) obejrzeć, jest  It Might Get Loud z 2008 roku. Pełnometrażowy dokument z Jack'iem, Edge'm z U2 i Jimmy'm Page'm. Zestawienie trzech doskonałych gitarzystów, z których każdy ma kompletnie inne podejście do muzyki, do tworzenia dźwięków. O samym filmie może kiedy indziej... Moja ulubiona scena? Oczywiście Jack, budujący swoją własna gitarę  ze starej deski i butelki po Coca-Coli. Jak zwykle - genialne! Scenę możecie obejrzeć poniżej.


Jeśli jeszcze nie rozumiecie po co Jack zadaje sobie tyle trudu ze zbudowaniem gitary z rupieci, skoro może kupic każdą najlepszą gitarę na świecie, nie zrozumiecie jego filozofii, jego muzyki. I wtedy nie zachęcam Was do głębszego zapoznania się z jego twórczością...  Nie czytajcie dalej!